Archiwa tagu: fonetyka

Godać to czasownik testujący

Share

Jest czasownik bardzo powszechny, oznaczający mówienie, gadać, w wielu systemach językowych nazywanych gwarami polskimi, brzmi on mniej więcej godać, ale niekiedy warto go zapisać w wersji gádać. Znak á bliższy jest pierwotnym, wyjściowym formom, daje też możliwość wymówienia w inny sposób. Nie wiedzieć czemu, wykładają się na nim dziennikarze, także ci, którzy przyjaźnie chcą zrelacjonować jakieś wydarzenie związane z mówieniem lokalnymi odmianami językowymi. Na przykład Norbert Woźniak, piszący o wizycie Juliusza Kubla (było tu o jego Księciu Szaranku) w Dusznikach i występie miejscowej grupy śpiewaczej. Pozwoliłem sobie na zaznaczenie, gdzie błąd:

Godali, nie godoli!

Jo godom, on godo, on godoł, ona godałagodać trzeba poprawnie.

W każdym razie w gwarze dusznickiej i w gwarze poznańskiej, a bodaj w całym dialekcie wielkopolskim w pierwszej osobie czasu przeszłego w rodzaju męskoosobowym występuje forma godali, nie godoli.

Możemy strawestować znany walczyk o kalinie, tylko zamiast sadzenia, podlewania i ścinania byłoby wypaczanie odmiany. Słaba trawestacja? No pewnie, bo daleko mi do doskonałości mowy ludu.

Czasownik godać,
trzeba nim włodać
.
Kto go nie umie dobrze odmieniać,
Niech nie używa!

Warzyć żur, nawarzyć piwa

Share

Kazimierz Kutz jest felietonistą katowickiej Gazety Wyborczej. Właśnie na jej stronach internetowych ukazał się jego nowy tekst pt. Karzeł Europy. Reżyser mieszka pod Warszawą, ale na kanwie refleksji ekologicznych i politycznych zeszło na jedzenie. Gdy zaś tęsknie wspominamy domowe smaki, bardzo często przechodzimy na język domowy, używany w dzieciństwie. Oto więc takie kulinarne wspomnienie:

Boczku używam do różnych potraw i topię na „tuste ze szpyrkami” w słodkiej cebuli wedle starego przepisu; kiedy zdejmuję potrawę z blachy, dolewam nieco mleka i fyrlom, bo tak robiła moja [mama] Anastazja na Starych Szopienicach, jeszcze przed śmiercią Marszałka. Tak, mamy tu silną pamięć rodową, ona jest jak kosmiczny gnój; możemy nie pamiętać, po co nam była ta Polska, ale jak się waży żur [!!!] zawsze przydzie co i jak do gowy.

No i zrobiło się sympatycznie i dialektalnie (gwara pogranicza śląsko-małopolskiego z fonetycznymi wpływami polszczyzny ogólnej).
W śląszczyźnie sprzed stu lat jeden był pewnik i powszechnik: starosłowiańskie *-ri– brzmiało jak –ři– (dźwięczne lub bezdźwięczne w zależności od otoczenia fonetycznego: gřiby dźwięcznie, přiniós bezdźwięcznie. Wraz z zanikiem „drżącości” pochodników starosłowiańskiego (i staropolskiego) miękkiego r, które brzmiało na znacznym obszarze słowiańskojęzycznego Śląska tak jak ř czeskie (ostało się trochę tego brzmienia u co bardziej konserwatywnych fonetycznie mieszkańców Księstwa Cieszyńskiego), przekształciła się ta głoska w [ž] i [š], czyli odpowiednie wyrazy brzmiały najczęściej: [gžiby] i [pšińůs]. Zmiana końca XX wieku i początku wieku XXI polega na upodobnieniu się w tym zakresie do polszczyzny ogólnej, gdzie owe refleksy *-ri– od co najmniej trzech stuleci wymawiane są twardo, bo nie ma tam i, lecz jest y: [gžyby], [pšyńus(ł)].

Gdyby ř nie zostało zastąpione przez [ž] i [š] i gdyby i nie zostało zastąpione przez y, nikt by się nie mylił, bo słowa warzi i waży dostatecznie wyraźnie by się różniły. Skoro nie jest oczywiste, to trzeba bardziej uważać i myśleć, a gdy tak się nie stało, to nieuwaga autora i/lub redakcji stała się przyczyną napisania niniejszego tekstu.


Woda wrze, w warze można warzyć warzywa. W warzelniach soli sól też się warzy. A kto nawarzył nie najlepszego piwa, sam je musi wypić.
I żur też się warzy, czyli gotuje, a nie waży na wadze. Ze żuru chop jak z muru.