Archiwa tagu: dialekt małopolski

4 kwietnia. Pod Racławicami

Share

Czwartego kwietnia obchodzę rocznicę bitwy pod Racławicami, bo rodzinnie jestem związany z tym terenem. Ponieważ jest to jednak serwis dialektologiczny, to wypada odpowiedzieć na pytanie o przynależność dialektalną  miejscowości z gminy Racławice.
Jest to dialekt małopolski, w odmianie środkowej. Charakterystyczne jest wymawianie dawnego tak zwanego „e pochylonego” jako „zwykłego” e, czyli np. mleko, podczas gdy większość Małopolski wymawia mlyko  przez y, a mieszczanie krakowscy i północ dialektalnej Małopolski (czyli gdzieś pod Opocznem na przykład): mliko przez i.


Na zdjęciu: mogiły kosynierów na polach pomiędzy Janowiczkami a Dziemięrzycami (Ździemierzycami).
No właśnie. Mówi się Ździemierzyce przez e, a pisze Dziemięrzyce przez ę. To cecha gwarowa występująca na północ od Krakowa, sięgająca daleko w Kieleckie, że brak nosowości samogłosek zapisywanych z ogonkami. Zob w gebie — godo sie tak cy nie?
Bohater bitwy pod Racławicami nie pochodził stamtąd, lecz z Rzędowic (gmina Koniusza) lub Zakrzowa. W każdym razie tam się odznaczył bohaterskim zgaszeniem czapką lontu rosyjskiej armaty. Pożył jeszcze dwa miesiące, wdowa znacznie dłużej, za to w biedzie.
Ale właśnie z tradycją bitwy racławickiej i kosynierami wiąże się piosenka
Bartosu, Bartosu,
oj, nie traćwa nadziei,
Bóg pobłogosławi,
Ojczyznę nam zbawi.
Językowo ciekawe są dwa elementy: s w imieniu/nazwisku/przezwisku bohatera wobec literackiego sz Bartosz (jak w dzisiejszych imionach polityka Arłukowicza czy piłkarza Kapustki). To –s jest oczywiście efektem mazurzenia. Jest to jednak styk polszczyzny literackiej z gwarą. Wołacz nie jest więc pewny, bo mógłby brzmieć Bartosie (jak w pastorałkowych przedstawieniach).
Podobnie z czasownikową końcówką –wa w słowie nie traćwa (= nie traćmy). Pochodzi ona z dawnej liczby podwójnej. Czy jednak odzwierciedla regionalną cechę wymowy? Niekoniecznie. Już pod koniec XVIII wieku był to chyba sygnał „chłopskości”, element stylizacyjny.
Przymiotnik od nazwy miejscowej Racławice wydaje się całemu narodowi oczywisty, bo mamy racławickie tradycje i „Panoramę Racławicką”. Ale po racła(w)sku przymiotnik brzmi racławski właśnie, przy czym upraszcza się grupę spółgłoskową i mówi: racłaski. To też cecha regionalna i staropolska zarazem. Mówiło się wszak o sejmiku ziemi proszowskiej, a nie proszowickiej – od nazwy Proszowice. A i do dzisiaj potocznie się tak mówi, co sprawdzałem na żywych studentkach.
Czy jest jakaś praca o gwarze gminy Racławice? To pytanie skieruję do miejscowej biblioteki i do profesora Stanisława Cygana.

Dialektologia a eschatologia 11 lutego

Share

Niby dwie sprzeczne perspektywy — dialektologia zajmuje się językowym tu i teraz, ściśle się wiąże z ziemią, z konkretnym terytorium i obecnym czasem, lubi badania terenowe; eschatologia zaś zajmuje się rzeczywistością poza czasem lub po końcu czasów, poza ziemią, w rzeczywistościach ostatecznych, zwanych niebem i piekłem.

Perspektywy te połączył Marek Szołtysek, znany rybnicki pisarz, autor poczytnych książek o Górnym Śląsku w rozmaitych kontekstach historycznych i kulturalnych, występujący w mediach, gdzie zapoznaje widzów, słuchaczy i czytelników z regionalnymi ciekawostkami, dumny absolwent KUL. Szerokie spektrum jego działalności wydawniczej i medialnej można poznać z jego strony internetowej.

Dziś jednak pragnę zwrócić uwagę na jego tekst o Bernadetcie Soubirous, której się w  1858 roku opodal Lourdes objawiła Pani. „Bernadka dzieweczka, szła po drzewo w las…” — jak głosi w wielu językach pieśń lurdzka. I tu zaczyna się kwestia językowa. Bowiem

Matka Boska powiedziała: Ja jestem Niepokalane Poczęcie, ale nie wypowiedziała tego w oficjalnym ogólnopaństwowym języku francuskim – Je suis l’Immaculee Conception, ale właśnie w używanej w Lourdes gwarze bigourdan i zabrzmiało to następująco – Que soy era Immaculada Councepciou. [Źródło]

Gwara bigourdan? Cóż to takiego? We Francji, która uprawia unifikacyjną politykę językową, rzadko wspomina się o obywatelach zamieszkujących jakieś tereny od wieków, a na co dzień bynajmniej nie mówiących po francusku według paryskiego i szkolnego wzorca. Pirenejski region Bigorre należy do językowego obszaru okcytańskiego (inni piszą: osytańskiego), bliższego językowi katalońskiemu, jeśli wolno takie porównania snuć (w blogu wolno). W tym dużym obszarze region Lourdes włączany jest do dialektu gaskońskiego, a mowę mieszkańców Bigorre można, stosując polskie pojęcia, nazwać gwarą. Najciekawszym pisarzem tamtego regionu był Miquèu de Camelat. Można o nim poczytać w okcytańskiej Wikipedii.

Marek Szołtysek idzie jednak dalej. Zachowanie językowe objawiającej się Postaci ekstrapoluje na relacje komunikacyjne w rzeczywistości określanej mianem nieba.

Można też wnioskować, że skoro Matka Boska mówiła w pirenejskiej gwarze bigourdan, to w niebie mówi się po pirenejsku, i wszystkimi innymi językami, dialektami, etnodialektami, gwarami i narzeczami świata, czyli po śląsku też.

Nie miałem okazji skonsultować tego z teologami, ale obawiam się, że główna ich narracja brzmi, że w niebie przekleństwo wieży Babel, pomieszanie języków, zostanie pokonane, a komunikacja będzie się odbywać na poziomie czysto duchowym/intelektualnym, pojęciowym, a nie za pomocą ziemskich języków. Jeśli jednak dobrze rozumiem spekulację rybnickiego polihistora, szedłby on drogą taką: skoro istnieje rzeczywistość cielesna w niebie (ciało uwielbione), to może i języki te najbardziej nasze, bliskie i zrozumiałem istnieją, lecz nie w konflikcie z innymi, bo nie stanowią bariery, tylko są jedną z cech, które człowiek zabiera do nieba z ziemi.


Piszę to w Bukowinie Tatrzańskiej podczas Góralskiego Karnawału. Jeśli w niebie panować będzie językowa pojednana różnorodność, to pół biedy. Tymczasem jednak wydaje się, że wszyscy tu są przekonani, włącznie ze mną, że Święta Rodzina, a co dopiero pasterze, raczej mówili po góralsku, z pewnymi cechami ogólnostaropolskimi.