Na pole! Lajkłem, ale mam zastrzeżenie

Share

Gazeta Krakowska nie ustaje w propagowaniu miłości do krako(w)skiej mowy. Słusznie, ze wszech miar słusznie. Jak nie lajknąć?  Lajkłem. Ale… Właśnie opublikowano filmowy wykład red. Mieczysława Czumy. Oglądnijcież se sami! Zaczyna się tak:

Granica pomiędzy Galicją a Kongresówką do dzisiej się jeszcze zachowała w pewnych obszarach językowych, w pewnych powiedzonkach, w pewnych porzekadłach, a koronnym tego przykładem jest na przykład nasze „na pole” albo warszawskie „na dwór”.

Pierwsza teza Gawędziarza jest nieprawdziwa i tylko tak, bez owijania w bawełnę, mogę to skomentować. Granica zaborcza przecięła województwo krakowskie i siedziby Krakowiaków. Pewnie, że w Warszawie się wychodzi na dwór. Ale, po trzykroć ale, północna granica wychodzenia na pole nie pokrywa się z granicą zaborów!

Znaczy: kiedy ja słyszę o granicy zaborów, to nie myślę w kategoriach Kraków contra Warszawa, a pomiędzy nimi zieje przepaść, tylko widzę granicę w Michałowicach, co to przez nią legioniści z Piłsudskim przeszli. A przebieg tej granicy pokazuje mapa z roku 1914. Tuż na północ od Krakowa.

Źródło: Świętokrzyska Biblioteka Cyfrowa

Prawdziwi Krakowiacy mieszkają przecie i pod Racławicami, a na pole wychodzą od wieków. Co tam stuletnia okupacja rosyjska! Spytajcie kogo w Iwanowicach, Smrokowie czy jeszcze dalej od miasta Krakowa, czy wychodzi na dwór. Uproszczeniom w krakauerologii mówimy stanowcze nie.
A lajk dla Gazety Krakowskiej musi być, bo troska o mowę bliską sercu warta jest poparcia (hm, tyle że lajk to anglicyzm niby, ale dzisiaj o tym ci(ch)o).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *