Gwara warsiaska

Share

Język miast to teren, z którego dialektologia ustąpiła socjolingwistyce, ale mnie się zdaje, że niesłusznie i niepotrzebnie. Socjolingwistyka bowiem zajęła się badaniem zjawisk językowych w przekroju społecznym, a dialektologia, może nieco bardziej filologiczna, lubi się zająć konkretem.
Niekiedy żeby filolog miał się czym zająć, potrzeba impulsu. Na przykład Piotr Wróblewski na portalu naszemiasto.pl rozpoczyna elegancką prezentację języka stolicy. Archiwalnym zdjęciom towarzyszy refleksja o słowach.
Pojawiają się tam następujące jednostki: git, granda, fuszerka, absztyfikant, mojra, mojka. Zestaw ten ilustruje przenikanie się warstw społecznych i języków, a właściwie światów, w których żyli (częściowo żyją do dziś) użytkownicy gwary Warsiawy. To relikty języka jidysz, tajemne gwary przestępcze, żywiołowe uczucia.
A teraz horror: autor użył słowa warszawianin, którego podobno warszawiacy nie cierpią, bo sztuczne:

„Pieniężni”, czy „cylindrowi” – a więc bogaci warszawianie mieli osobne wejście, korytarz i klatkę schodową. Mimo, że mieszkali w tym samym budynku, nie widywali „bryndzy” – czyli biedy. 

Sikora zaś lub cebulę trzeba chronić przed buchaczami.


Dialektologia każe się nam zastanowić nad tym si w Warsiawie. Pochodzenie głoski ś można uzasadniać stykiem mazurzącej gwary wiejskiej należącej do dialektu mazowieckiego, której używali robotnicy przybywający ze wsi lub naród, do którego sama Warszawa przyszła, obejmując niegdysiejsze wsie, z polszczyzną ogólną, która oczywiście nie mazurzyła, lecz wymawiała sz. Warsiawa to taki etap pośredni między już nie Warsawą, a jeszcze nie Warszawą. U nasz ma tę samą genezę — w obawie przed zbyt wiejskim niby „nas” na wszelki wypadek się wymawia przez hiperporpawne „sz”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *