Wszystkie wpisy, których autorem jest Czesak

Lokalne nazwy grzybów

Share

Podobno po święcie Piotra i Pawła (29 czerwca) pojawiają się w lasach grzyby, jest nawet o tym specjalna legenda, skąd się one wzięły. W naszych lokalnych społecznościach często występują nazwy utrwalone w tradycji, nadane przez przodków, często inne od zmieniających się podręcznikowych nazw specjalistycznych.
Niekiedy ten rozziew między wiedzą zbieraczy a naukowców jest szczególnie wyrazisty. Jest na przykład dość znany grzyb, którego nazwa gwarowa, małopolska, przywoływana w rymowanym wypowiedzeniu „wszystkich grzybów ociec”, co znaczy, że nazwa ta jest stara, a grzyb uznawany za wartościowy. Tymczasem Wikipedia donosi, że dla naukowej systematyki jest on swego rodzaju nowością, a proces jego rozpoznawana i klasyfikowania wciąż trwa:

Po raz pierwszy takson ten zdiagnozował w roku 1844 Friedrich Wilhelm Gottlieb Rostkovius nadając mu nazwę Boletus luridiformis. W ostatnich latach przeprowadzono badania genetyczne tego gatunku, a w ich wyniku jego systematyka uległa zmianie. Obecną, uznaną przez Index Fungorum nazwę nadali mu w roku 2016 G. Wu & Zhu L. Yang, przenosząc go do nowo utworzonego rodzaju Sutorius.

Wszystkich grzybów ociec, 1 czerwca 2015, http://grzybypl.blogspot.com

Jordanowski bloger i grzybiarz, Robert K. Leśniakiewicz, uważa, że to ten grzyb, choć ja nie dam głowy, czy to jednak nie Gyroporus cyanescens.
Znający się na rzeczy, pochodzący z nieodległego od Jordanowa orawskiego Piekielnika prof. Józef Kąś w Słowniku gwary orawskiej (t. 2, s. 67) definiuje go następująco:

jadalny grzyb, podobny do prawdziwka, siniejący po przełamaniu, mający brązowy, jakby zamszowy kapelusz i czerwonawy trzon

Nie dość wprawny grzybiarz może go pomylić z „szatanem”, czyli borowikiem ponurym.

Czas wreszcie na nazwę: pociec. Kto zna ten gatunek lub nazwę? Jak się odmienia — zbiera się pociece czy poćce?

Jakiej transkrypcji fonetycznej używać?

Share

W naukowo uprawianej dialektologii polskiej (z pomorską), wciąż konstytuowanej przez wielkie zakresowo i ilościowo dzieła Kazimierza Nitscha, oczywiste wydaje się stosowanie transkrypcji fonetycznej nieco na wyrost nazywanej slawistyczną, ale na pewno można ją nazywać polską transkrypcją slawistyczną.

Gdy się bliżej przyjrzeć publikacjom dotyczącym różnych języków, dialektów i gwar słowiańskich, odnajdziemy liczne „dialekty” transkrypcyjne, które niegdyś mogły być przynajmniej częściowo ustępstwami wobec braku określonych czcionek w drukarniach, potem w komputerowych fontach. Dziś zaś częściej spotykamy się z tekstami popularyzującymi wiedzę (więc zawierających zapisy w jakiś sposób poupraszczane, dostosowane do przyzwyczajeń czytelników niewykwalifikowanych).

Z tego powodu wydaje się teoretycznie słuszne stosowanie transkrypcji międzynarodowej. Problem polega na tym, że uczy się jej głównie na filologii angielskiej, a absolwenci takich studiów lepiej znają fonetykę i fonologię angielską niż polską. Co dopiero mówić o niuansach dialektalnych? Dochodzi więc do nieporozumień komunikacyjnych w obiegu, który jako naukowy powinien być niezakłócony.

Nie piszę tu studium, więc podaruję sobie przykłady, bo kto zna sprawę, nie będzie miał z tym kłopotu. Jest to wpis blogowy, który mogą przeczytać ci, którzy go zrozumieją, a przykłady podstawią sobie sami. Zamieszczę jedną ledwie ilustrację, która pokazuje, jak daleko nam do porozumienia, jak w komunikacji naukowej mogą powstawać emocje uniemożliwiające dialog. Mnie zniechęciła taka wypowiedź, która w założeniu miała „oświecać” fonetycznie i „umiędzynaradawiać” polską naukę (jakby nie było „żółtej” fonologii, a nawet skryptu J. Tambor i D. Ostaszewskiej). Gdy taki tekst zaczyna się od irytującej formy składniowej, dla części czytelników, w tym mnie, idea tekstu, czasopismo, jego redakcja, jego recenzenci, a w drugiej kolejności autorzy — tracą wiarygodność.

Chętnie bym zobaczył międzynarodowy zapis fonetyczny tekstów sądeckich czy limanowskich. A może jestem zapyziałym prowincjonalnym ignorantem, który utknął w epoce Nitscha i Klicha?